Kałmucja 2004 - relacja z wyprawy.
Tekst: Bartek Łatka
Zdjęcia: Kasia Tołwińska, Bartek Łatka.
W lutym Przemek Maciążek z klubu samochodowego Penetrator zaproponował nam
wspólną wyprawę do Kałmucji.
W wyprawie miało uczestniczyć kilka samochodów, jednak z powodów
różnych ekipa wykruszała się wraz ze zbliżającym się terminem startu
przewidzianego na 13 sierpnia 2004. U nas było o włos - na początku
lipca silnik w patrolu umarł i jego reanimacja stała pod znakiem
zapytania. Plan i cel wycieczki był bardzo prosty - odręczna mapa i brak innych
założeń. Udało się jednak, lekko niedotartym wehikulem ruszyliśmy 12
sierpnia w piątek po przygodę. W przeddzień było jasne już, że jedziemy
we dwa samochody: nasz patrol i gaz-69 Przemka i Kasi:

Przemek z Kasią wyjeżdżają już w czwartek, mamy spotkać się już na
Zakarpaciu na drugi dzień.
Wyjechalismy o 10.20. Radom, Ostrowiec Swietokrzyski, Tarnobrzeg (juz
wiem gdzie grała słynna Siarka Tarnobrzeg), Lesko (na zakręcie na
naszym pasie pojawiła się ciężarówka, nie było dokąd uciekać, ufff...).
Za Leskiem telefon od Przemka: utopiłem samochód w okolicach Skolna,
koniec wycieczki. Utopiony Gaz wyglądał tak:

Szybka decyzja, w zasadzie bez zastanowienia - jedziemy po nich. Skręt
na przejście w Krościenku, krótka konsultacja z naszym interfejsem do
Internetu - czy przejście jest czynne w nocy - jest!. Jedziemy. Na
mapie zaznaczam waypointy, zrzucam do GPSa, wydaje się że wszystko gra.
Na granicy mała kolejka, Ukraińcy wschodnim zwyczajem zaczepiają
samotną niewiastę w maluchu i przepychają się na chama. Zagaduje nas
Polak, który bez ogródek mówi że jedzie na drugą stację za granicą
sobie tanio pociupciać. Ukraińcy przepychają samochody, by zaoszczędzić
na oparach. Króciutka kolejka - i 2.5 godziny stania. Robi się ciemno i
mroczno.
Wreszcie granica. Polska odprawa - 30 sekund, dokąd Państwo jadą,
szerokiej drogi.
Pograniczniczka ukraińska, ładna nawet. Oczywiście zestaw: deklaracja
celna na samochód, karta imigracyjna (skąd, dokąd i czym),
nieśmiertelny talonczik...
- Dowód rejestracyjny i zieloną kartę
- Nie mam. U was zielona karta nie działa.
- Nu, kak, to was musze zawrocic. U was, w jewropie, nie treba, u nas
treba.
Myśli.
- Nu, wyjditie z maszinu.
Wychodzę.
- Nu kak, u was niet zjelonu kartu, tak was musze zawrocic.
- No trudno
- Nu, ale moze...
- To szto treba zdielat'? (pytam, pozbawiony złudzeń)
- Tebe nada padumat. Ty wsiadziesz do maszinu, tam zrobisz co trzeba,
prinesesz mi tu dowod rejestracyjny.
Krótka narada w środku - ile dajemy? Jest ich trójka, niech będzie po
10 Hr na głowe (PLN 7.50). Wkładam 30 hrywien do dowodu
rejestracyjnego, niosę do okienka. Pani uśmiecha się, pokazuje
zawartość kolegom ze zmiany - i daje mi do wypełnienia deklarację
celną. Pomaga nawet wypełnić, jak tłumaczę mętnie że jedziemy do Nowy
Swet koło Sudaka na Krymie (zapamiętałem z mapy i opowieści Włada),
słyszę komentarz skierowany do kolegi "Nu, na Krim, znaczyt mnogo
dieneg majut". Trochę robi mi się dziwnie, ale nic nie mówię Edycie.
Jeszcze "Sczastliwo" na koniec i jesteśmy na Ukrainie.
Inny świat..
Zapach niskooktanowej benzyny i innych węglowodorów używanych tu
nagminnie do napędzania pojazdów:

. Dziury takie, że odzywają się wszystkie niedostatecznie umocowane w
Patrolu przedmioty; ze trzy razy wypada z uchwytu GPS. Ciemno, mnóstwo
przechodniów na drodze w, zdawałoby się leśnym otoczeniu. Jakoś dziwnie
tak się jedzie, spotykamy jeden samochód na 10 minut. Tempo 40-60 na
godzinę, czasami asfalt znika zupełnie, mimo, że to najwyraźniej szosa
federalna. Od samej granicy nie wyprzedza nas nikt, albo tempo patrola
jest nieosiągalne dla osobówek ze względu na dziury, albo długo po nas
nikogo z granicy nie wypuszczono.
Sambor, Drohobycz. Tam postanawiamy poszukać hotelu. Jest jeden,
przemyślnie ukryty i oczywiście nieoznakowany. Z Przemkiem nie możemy
się skontaktować, więc nie dymamy do Skolna tylko szukamy noclegu. Jemu
udało się uruchomić jakoś silnik i wyjechali z gór, niestety samochód
jedzie ostatnimi siłami.
Poszukiwanie hotelu zakończyło się tylko połowicznym sukcesem, gdyż po
dwukrotnym objechaniu tegoż nie znaleźliśmy parkingu. Sympatyczni
młodzi ludzie powiedzieli nam, że w Truskawcu jest dużo hoteli i
najlepiej tam się udać.
Łatwo powiedzieć. Dobrze że miałem waypointa w GPS, bo co najmniej 4
skrzyżowania były kompletnie nieoznakowane...
W Drohobyczu widać resztki świetności, częściowo nawet odrestaurowane
kamienice. Bruk w ścisłym centrum pamięta pewnie jeszcze czasy moich
Dziadków, którzy do Drohobycza jeździli zapewne często z pobliskiego
Borysławia. Wg ich słów, w Drohobyczu przed wojńą było 10 kin, 30
notariuszy (było to związane z polami naftowymi), 3 browary. Wszystkie
ulice były oświetlone latarniami gazowymi, które paliły się całą noc; w
końcu gaz był za darmo. Dziś Drohobycz przypomina obraz nędzy i
rozpaczy.
Docieramy do Truskawca. Hotel Beskid, wyglądający jak wrzód w
socrealistycznym stylu, biały, wysoki
blok z wielkiej płyty.
W środku zaspana, nieuprzejma recepcjonistka. Brak miejsca
parkingowego, jednak za 10 hrywien Pan z ochrony przestawia własną ładę
i miejsce się znajduje. 220 hrywien za pokój, ostatni jaki został. Pani
nie jest pewna czy posprzątane...przysyła po godzinie pokojówkę. Ta
kategorycznie każe zamknąć balkon i przebiera pościel.
Pokój bez śniadania, "a piwko to pan sobie w barze kupi". Poszedłem,
kupiłem - wyśmienite, zmrożone, nieklarowane pszeniczne Baltica, 6
hrywien, niech się schowa Paulaner. Bar w stylu wczesnych lat 70, w
kilku boksach siedziały bujające się na styl "Gorączki sobotniej nocy"
pary.
Ulotka hotelowa podkreśla yugoslavian furniture i italian bathrooms. Na
zdjęciach italian terracota ujawnia daleko posunięte procesy
pleśniowo-grzybiczne oraz ficzyczne ubytki niczym ceramika starożytnej
grecji. Mamy za to fotosy lokalnej Barbie:

Myjemy się (po wizycie pokojówki w łazience kwitnie cały kosz pustych
butelek i obdrapana italian terracota. Zasypiamy. Jutro jedziemy do
Skolna, zholować Przemka. Z Morza Kaspijskiego nici, ale coś się
wymyśli. Może Delta Dunaju?
Drugiego dnia spotykamy się koło motelu w Skolnie. Okazało się, że po
kilku godzinach pracy i pomocy GAZa-66...

...serduszko gazika (funf zylinder 300 diesel von Mercedes) odpaliło!
Spotkanie wyglądało tak:

Podejmujemy decyzję - ruszamy gdzieś w góry, gdzie w pięknym otoczeniu
przyrody zreanimujemy Gazika i podejmiemy decyzję, co dalej. Po drodze
probujemy zrobic piknik, gazik kopci jak cholera - no i na jednym,
niewinnym podjezdzie Przemek ukręca półoś w legendarnych "afganach". W
wyniku czego traci przedni napęd i możliwość skręcania w lewo (co nie
przeszkadzało przejechać potem 1000 km z okładem po ulicach...).
Po pikniku gazik nie odpala(avi, 12
MB). Bierzemy go na hol, najpierw sciagamy z góry,
potem udaje się go odpalić na asfalcie, ilość dymu jest
straszliwa. Jedziemy szukać noclegu gdzieś w górach, oczywiście
trafiamy na typowe na Ukrainie święte krowy (avi,
12 MB).
Przejeżdzamy przez typową wieś, ludzie się uśmiechają mimo, że dzień
wcześniej ulewa zabrała im kawał drogi i 2 mosty:

My musimy zapiąć przedni napęd, Gazik daje radę śpiewająco na tylnym (avi, 4 MB). Droga jest coraz
piękniejsza, wspinamy się do góry. Czasem wygląda tak:

Po nieudanym wciąganiu gazika na kinetyku pod górkę po błocie rozbijamy
biwak na polance koło potoczku. Jest pięknie, Przemek zabiera się za
oczyszczanie układu paliwowego gazika z wody, do późna w nocy ciągamy
gazika patrolem po zabłoconych drogach usiłując go odpalić. Wieczór
jest piękny, choć wilgotny i zimny. Za pomocą spuszczonej z baku
emulsji wodno-olejowej i przemoczonego chrustu rozpalamy ognisko:

Pozycja polanki: N 49 3,244 E 23 39,5912, jesteśmy 403 km w linii
prostej od Warszawy. Wycinek mapki poniżej:

Noc była potwornie wilgotna i zimna. W nocy przyszedł do obozowiska
pies i rozrzucił śmieci. Cały dzień Przemek grzebał przy Gazie,
rozwiązanie zagadki pompy paliwowej okazało się trywialne - nieszczelny
króciec przy baku zapowietrzał układ i pompka nie działała. W końcu
gazik gada avi, 6 MB
Cały dzień kręciły się po naszym biwaku krowy...

...a przez błoto, w którym polegliśmy dzień wcześniej próbując
przejachać z gazikiem na holu przejeżdząły bez emocji wozy konne z
sianem.
Z obozu wyjechaliśmy dopiero około 19.00. Kierunek - wschód!

Nocleg w
Ivano-Frankivsku. Za sprawą taksówkarza trafiamy do hotelu nad rzeką,
jednak rezygnujemy z powodu, delikatnie mówiąc, daleko posuniętego
stanu degrengolady tegoż. Jedziemy do motelu "supier liuks" -
rzeczywiście nie jest najgorzej (20$ za pokój) ale za sprawą słabej
izolacji akustycznej wieczór umilały nam pojękiwania kilku pań lekkich
obyczajów, które w sposób przemysłowy zaspakajały chuci nieznanych nam
bliżej panów. Wyjeżdzamy rano, gazik o dziwo odpala od pierwszego
strzału, ustalamy trasę...

...nabieramy wody do kanistrów i startujemy dalej.
Dziś Kamieniec Podolski oraz Twierdza w Chocimiu. Kamieniec wydaje się
nam dziwnie znajomy, czuć Polskę w tym wszystkim - w budowlach,
sklepikach i nawet twarzach przechodniów. Gazik ma się dobrze, Pat też
jedzie znakomicie. Parkujemy w Kamieńcu na ryneczku...

...(jest to, jak się okazuje, ryneczek Ormiańskiej części Kamieńca.
Zaraz znajduje się miły chłopak, okazuje się być Polakiem, dotrzymuje
nam towarzystwa i opowiada o Twierdzy. Sama twierdza robi niesamowite
wrażenie - potężne mury i umocnienia wokół kilkudziesięciometrowego
jaru wyżłobionego przez malutką rzeczkę sprawiają poważne wrażenie - i
takie zapewne sprawiało 500 lat temu.

Przekraczamy Dniestr. Piękna, szeroka rzeka, płynąca w rozległej
dolinie. Niesamowite przestrzenie, łąki, krowy, kozy - i uśmiechnięci
na złoto ludzie.
Dojeżdzamy do Chocimia. Twierdza jeszcze bardziej niesamowita, położona
na brzegu Dniestru, kilkunastometrowe mury i porośnięte trawą i
zielskiem tarasy obronne. Wszystko jeszcze starsze i, teoretycznie -
polskie.

Z Chocimia wyjeżdzamy około 20, kierujemy się na tamę w
Nowodniestrowsku. W starym rosyjskim atlasie kończy się tam droga, ale
na mapach wojskowych widać wyraźnie, że jest tam most.

Dobrze, żeby był, bo jest to jedyna przeprawa mostowa na odcinku
kilkudziesięciu kilometrów, jeśli tam nie przejedziemy to trzeba będzie
się wracać, bo na południe Mołdawia do której nie chcemy wjeżdżać.
Robi się ciemno, drogi kiepskie i praktycznie nieoznakowane. Pytamy o
drogę chłopaków z przewoźnego domu uciechy. Tak, za 100 km jest
przeprawa na tamie i tam zaraz za tamą jest bezpieczna "stojanka" gdzie
śpią kierowcy ciężarówek. Jedziemy, prędkość 40-50 km/h, szybciej i tak
się nie da. Po drodze błądzimy i dojeżdzamy do szlabanu w poprzek drogi
z wielkim reflektorem wycelowanym prosto w twarz. Okazuje się że to
granica mołdawska, bardzo miły żołnierz radzi nam zawrócić i jechać
przez Ukrainę, dając do zrozumienia że wjazd do Mołdawii nie jest
zupełnie bezpieczny.
Z trudem trafiamy na zaporę w Nowodniestrowsku. Robi niesamowite
wrażenie, jest przepotężna, chroniona przez wojsko. Sam zjazd do
Dniestru ma 3-4 km. Przejeżdżamy mroczną zaporę, za nią nie ma
opisywanej "stojanki". Dalej jest coraz bardziej mroczno, kilkanaście
kilometrów dokładnie niczego, niesamowite gwiazdy, żadnych oznaczeń
drogi, żadnych domostw a nawet świateł, wygląda na celowo nie
zasiedlane tereny. Mijamy pola kwitnących słoneczników, szkoda że jest
noc.
Podejmujemy decyzję - zjeżdzamy w pole i biwakujemy gdzie się da.
Znajdujemy takie miejsce, jest niesamowicie cicho, pusto i ciemno.
Śpimy w samochodach, nawet nie jemy. Jest 1 w nocy.
Ranek budzi nas zapachem suszonej trawy z ziołami, meczeniem kóz i
dźwiękiem traktora. Okazuje się że biwakowaliśmy w środku pola, które
po rozparcelowaniu po upadku kołchozu ludzie wykorzystują wyłącznie
jako pastwiska.

Tłumaczę starszej wieśniaczce, że nie mieliśmy gdzie zanocować i
tak tu zajechaliśmy w nocy. "-To wy sczastliwo zajechali!" uśmiecha się
i w ten sposób lody zostają przełamane. Głaszczemy kozy, jemy
śniadanie, pożyczamy maczetę. Dowiadujemy się, że najlepszym
prezydentem był Breżniew. Ruszamy.
Czwarty dzień to droga, droga, droga. 50 km/h na godzinę, co 200 km
gazik musi tankować. Jemy w obskurnej miejscowości Pisznica, do talerzy
zagląda nam wielki Lenin.

Restauracja pamięta wczesne lata 70', wyklejona jest typową dla
Ukrainy mozaiką, z której w połowie zeszła glazura. Leninowi błyszczy
glaca, pływające w bladobiałym bulionie pielmieni nie są takie złe, za
to próba zjedzenia smażonego karasia kończy się porażką Kasi. Wszystko
smakuje olejem słonecznikowym - sałatka z kapusty i pomidorów, frytki,
kotlet a nawet rzeczony karaś. Pod knajpę z piskiem podjeżdza pijany
policjant w zaporożcu MkI z przyciemnionymi szybami. Nawet niczego od
nas nie chce, choć samochody wzbudzają tak jak wszędzie indziej lokalną
sensację. Przestrzenie, zieleń, rozległe pola.

Jedziemy bardzo lokalnymi drogami kierując się GPSem i mapami 1:50 000.
Jazda bez tak dokładnej mapy nie byłaby absolutnie możliwa, czasem
żółta w atlasie droga wygląda tak (avi, 5 MB)
Około 20.00
docieramy wreszcie do drogi federalnej Kiev-Odessa i...stajemy w
tragicznym korku na ogromnym placu budowy. Dobre 20 km drogi jest
rozkopana, jazda odbywa się z prędkością 20 km/h ale nie jest
bynajmniej nużąca - ukraińscy kierowcy dbają o to wyprzedzając na
piątego, na zakazach wyprzedzania, pod górkę...Zasypiamy na jakiejś
stacji, pracownik uprzedza nas że o świcie mamy się zmyć. Rzeczywiście,
o 5.30 przychodzi i stanowczo puka w szybkę. Jedziemy dalej.
Ok. 10 rano wjeżdzamy do Odessy. Miasto wita nas dymem, smrodem i
ruchem drogowym który przypomina obrazki widywane na filmach z Indii.
Na ulicy nie ma reguł, chociaż większośc pojazdów zatrzymuje się na
światłach. Miasto brzydkie, brudne i śmierdzące, ale momentami
klimatyczne. Z ulgą docieramy do hotelu pod Odessą. Hotel rozczarowuje
pokojami w śmierdzących stęchlizną domkach, ale zaskakuje znakomitą
kuchnią. Morze Czarne - jak morze, bardziej bałtyckie niż
śródziemnomorskie w kwestii temperatury i niestety cuchnące meduzami.
Przejażdżka 185 konnym Bombardierem przerywa błogie lenistwo; drogo ale
warto. Na plaży wyraźnie wyróżniają się rosjanki

Wieczorem Odessa - niezwykle klimatyczna. W restauracji przy
Potiomkinowskich Schodach kadry z filmu Deja vu Machulskiego. Mnóstwo
drogich samochodów, mercedesy 600, terenowe Land Cruisery...
(avi, 4 MB), Lexusy, jest nawet Corvette oraz
2 nissany skyline. Wszystko i tak śmierdzi 76 oktanową benzyną. Bulwar
jest gwarny i chwilami można zapomnieć że jesteśmy na Ukrainie. Kręci
się mnóstwo modelek, mafiozów, marynarzy z egzotycznymi zwierzętami;
ceny szokują. Ogólnie nastrojowo. Na koniec oglądamy Arkadię - część
miasta poświęconą najebce. Ot bulwar, z szykownymi dyskotekami

...i lansującymi się girlsami. Miesza się rosyjsko-ukraiński
prowincjonalizm z zachodnim szykiem. Zwróciły moją uwagę Nissany
Murano, które dopiero za miesiąc będą miały premierę w Europie...

Z Odessy przeskakujemy wygodną szosą do Simfieropola. Miał być od razu
Bakczysaraj, który leży 30 km za Simfieropolem, ale najpierw lapie nas
burza (która zmywa pół wsi, jak się okaże nazajutrz) oraz kaljeson w
Gaziku. Potężną oponę ya-192 pokonuje kilkucalowy gwóźdź, stalowy.
Przekraczamy Dniepr, którego szerokość jest imponująca

W Simfieropolu po godzinnych poszukiwaniach noclegu trafiamy za sprawą
taksówkarza do gostionnicy. Obiekt, przeznaczony dla sportowcow
przechodzi nasze najśmielsze wyobrażenia. Nawet znając Ukrainę nie
byliśmy w stanie wyobrazić sobie czegoś tak obskurnego. Nie da się
opisać, odrapane ściany, obtłuczone kafelki, odłażąca płatami farba,
pourywane przewody elektryczne, smród, zapluskwione sienniki. Potwornie
zmęczeni zasypiamy, za 30 hrywien od osoby. avi,
5 MB
Na następny dzień docieramy do Bakczysaraju. Pięknie położone miejsce,
dojeżdzamy do niego lekko wymagającą szutrówką wiodącą kanionem między
skalnymi ścianami.

Trafiamy tam wyłącznie dzięki mapom wojskowym i GPS - nie ma kogo
spytać się o drogę. Mijamy zalaną wczorajszym deszczem wieś,
rejestrujemy niezłe miejsce na piknik - i zwiedzamy Bakczysaraj.
Miejsce urokliwe, ale czujemy się podmiotami przemysłu turystycznego.

<tu do ściągnięcią pełna panoramka 2 MB>
Wyjeżdzamy stamtąd około 18 i kierujemy się na Jałtę drogą przez
góry. W międzyczasie informacja na znakach, że droga przez Ai-Petri
jest zamknięta, jednak jedziemy. Niesamowity podjazd, w połowie we
mgle, noc, na drogach sporo kamieni naniesionych przez wczorajsze ulewy
i co gorsza bardzo duży ruch festyniarsko oświetlonych przyrządów do
jeżdżenia z
naprzeciwka. Przemek z powodu zmielonej półosi serpentyny w lewo robi
na 2-3 razy. Na górze, po przedarciu się przez chmury, rozjaśnia
się i oglądamy Jałtę z wysokości 1200 metrów. Ponieważ zjazd Ai-Petri
po serpentynach bez skrętu w lewo i bez biegu wstecznego nie wchodzi w
grę, robimy biwak na płaskowyżu. Jest zimno i mokro, z drzew kapią
krople rosy. Trywialne stwierdzenie "Ale piździ" Przemek kwituje "No
tak, upał zelżał". Po czym zabiera się za wyjęcie półosi, co w gaziku z
"wajennymi mostami" zajmuje całe 4 godziny.
Budzimy się rano, zmarznięci, trochę wychodzi słońce ale co chwile
przychodzą chmury.

Odpalamy gazika na sznurku i staczamy się do Jałty.
W Jałcie pełen dramat - Międzyzdroje z lat 70, chociaż widać bogatych
Ukraińców - po raz pierwszy widzę kilka najnowszych cacek
motoryzacyjnych na ukraińskich tablicach - BMW coupe 845i, Porsche
Cayenne Turbo, jakiś niesamowity SUV-Cadillac, takie złomy jak BMW X5
spotyka się raz na 10 minut. Mnóstwo dziewcząt z wyzywającymi
dekoltami, w nieco lepszym stylu niż w Odessie.

Ciągle stoi Lenin, mimo że zapewne w grobie sie przewraca jak na to
patrzy.

Z ulgą wyjeżdzamy z miasta na wschód, i tak naprawdę dopiero za Ałusztą
zaczyna się piękny Krym.
Rozległe doliny górskie, droga na półce
skalnej na wysokości 150-350 metrów nad poziomem morza, czynne i
prehistoryczne winnice. Zupełnie przyzwoita droga i mały ruch, całość
psują jedynie kempingi usytuowane wprost na plaży przy drodze.

0 20 docieramy do Nowyj Svet - celu naszej podróży. Trafiamy w końcu do
pensjonatu, bardzo drogiego, przaśnego - ale z doskonałym widokiem na
zatokę i skały.

Pewnie był to kiedyś wymarzony obiekt pożądania rosyjskich prominentów
- dziś wyróźnia się jedynie widokiem oraz ceną - 400 hrywien za 2
pokojowy apartament. Zasypiamy.
Przemek z Kasią nie docierają do Nowyj Svet - z powodu ważnej rozmowy
nocują przy szosie, natomiast na drugi dzień 10 km od celu umiera układ
hydrauliczny sprzęgła. Zaczynamy rozumieć, że z powodu kończącego się
urlopu już nie zdążymy dojechać do Kałmucji. Szkoda - ale taka widać
karma. Czas zabiliśmy idąc na plażę, która była jednak obrzydliwa,
śmierdząca ekskrementami i zaśmiecona butelkami oraz wypełniona
szczelnie ludźmi. Na targu kupujemy trochę lokalnych przysmaków - coś w
rodzaju naszego oscypka (tyle, że lepszy), coś w rodzaju mozzarelli
(tyle, że lepszej), znakomite pomidory - i wyśmienite wino domowe. Wino
było tak doskonałe, że kupiliśmy 10 litrów i zrezygnowaliśmy w ogóle z
win przemysłowo butelkowanych.
Postanawiamy przebiwakować wspólnie po raz ostatni i rozdzielić się -
Przemek z Kasią dalej na wschód, my z powrotem. Biwakujemy w
zaskakująco pięknym miejscu, na 30 metrowym klifie,

skąd wygania nas jednak burza. Mamy jeszcze jeden cel - odwiedzić
miejsca, gdzie urodzili się nasi dziadkowie i skąd ich przesiedlono w
1945 roku - Brzeżany i Borysław. Docieramy tam jednak dopiero na drugi
dzień podróży z powrotem, gdyż w pierwszy dzień mimo znakomitego tempa
docieramy ledwie do Winnicy, ok. 900 km od miejsca startu. W Winnicy
hotel kategorii II radzieckiej (gostionnica w Simfieropolu miała
kategorię V radziecką) co odpowiada mniej więcej standardowi schroniska
młodzieżowego.
W Brzeżanach - cóż, odnajdujemy dom babci Edyty, za to w byłym
klasztorze opodal najwyraźniej urządzono więzienie. Ulica ma wciąż taką
samą nazwę, tylko nieznacznie zmieniła się numeracja. Robimy zdjęcia i
przjeżdzamy do Borysławia. Odnalezienie domu drugiej babci zajmuje
około godziny i okazało się możliwe, gdyż trafiliśmy na starego
człowieka który kojarzył rodzinę babci z nazwiska z domem. Dom stoi, a
naftusia (będąca wodą uzdrowiskową o lekkim zapachu ropy naftowej) w
dalszym ciągu tryska 20 metrów od domu babci. Nic się nie zmieniło od
tamtego czasu. Nabieramy cały kanister naftusi, podziwiamy stare ale
wciąż działające kiwaki

avi, 5,5 MB
Ruszamy w stronę Krościenka.
Po przejechaniu granicy trafiamy do wspaniałego pensjonatu Wojtka
Grzaneckiego w Czarnej,

...gdzie w ciepłej atmosferze spędzamy wieczór i
obiecujemy sobie przyjechać jak tylko czas na to pozwoli. Wracamy do
Warszawy - i ze zniecierpliwieniem czekamy na wieści od Kasi i Przemka.
Trzymamy kciuki!
Dla wytrwałych, do sciągnięcia:
Kalibracje map 1:100 000 (do ściągnięcia z serwera w
Berkeley, ok. 500 map, free domain) - sprawdzone w zakresie
podróży, dokładność rzędu 20-30 m. (350 kB), OziExplorer.
Zapis tracka w formacie OziExplorera (222
kB), tutaj zrzut ekranu z wraz z profilem
(360 kB)
Waypointy - częściowo z map 1:100 000,
częściowo z terenu.
Unikat - mapa Kałmucji 1: 1 000 000 i nie tylko,
lotnicza - ale jedyna jaką udało mi się w Warszawie zdobyć (4 MB),
kalibracja do niej wraz z innymi kalibracjami.