Kałmucja 2004 - relacja z wyprawy.
Tekst: Bartek Łatka
Zdjęcia: Kasia Tołwińska, Bartek Łatka.

W lutym Przemek Maciążek z klubu samochodowego Penetrator zaproponował nam wspólną wyprawę do Kałmucji.
W wyprawie miało uczestniczyć kilka samochodów, jednak z powodów różnych ekipa wykruszała się wraz ze zbliżającym się terminem startu przewidzianego na 13 sierpnia 2004. U nas było o włos - na początku lipca silnik w patrolu umarł i jego reanimacja stała pod znakiem zapytania. Plan i cel wycieczki był bardzo prosty - odręczna mapa i brak innych założeń. Udało się jednak, lekko niedotartym wehikulem ruszyliśmy 12 sierpnia w piątek po przygodę. W przeddzień było jasne już, że jedziemy we dwa samochody: nasz patrol i gaz-69 Przemka i Kasi:
Gaz i patrol

Przemek z Kasią wyjeżdżają już w czwartek, mamy spotkać się już na Zakarpaciu na drugi dzień.
Wyjechalismy o 10.20. Radom, Ostrowiec Swietokrzyski, Tarnobrzeg (juz wiem gdzie grała słynna Siarka Tarnobrzeg), Lesko (na zakręcie na naszym pasie pojawiła się ciężarówka, nie było dokąd uciekać, ufff...). Za Leskiem telefon od Przemka: utopiłem samochód w okolicach Skolna, koniec wycieczki. Utopiony Gaz wyglądał tak:
Tak się czasem gasi Gaza...
Szybka decyzja, w zasadzie bez zastanowienia - jedziemy po nich. Skręt na przejście w Krościenku, krótka konsultacja z naszym interfejsem do Internetu - czy przejście jest czynne w nocy - jest!. Jedziemy. Na mapie zaznaczam waypointy, zrzucam do GPSa, wydaje się że wszystko gra.
Na granicy mała kolejka, Ukraińcy wschodnim zwyczajem zaczepiają samotną niewiastę w maluchu i przepychają się na chama. Zagaduje nas Polak, który bez ogródek mówi że jedzie na drugą stację za granicą sobie tanio pociupciać. Ukraińcy przepychają samochody, by zaoszczędzić na oparach. Króciutka kolejka - i 2.5 godziny stania. Robi się ciemno i mroczno.
Wreszcie granica. Polska odprawa - 30 sekund, dokąd Państwo jadą, szerokiej drogi.
Pograniczniczka ukraińska, ładna nawet. Oczywiście zestaw: deklaracja celna na samochód, karta imigracyjna (skąd, dokąd i czym), nieśmiertelny talonczik...
- Dowód rejestracyjny i zieloną kartę
- Nie mam. U was zielona karta nie działa.
- Nu, kak, to was musze zawrocic. U was, w jewropie, nie treba, u nas treba.
Myśli.
- Nu, wyjditie z maszinu.
Wychodzę.
- Nu kak, u was niet zjelonu kartu, tak was musze zawrocic.
- No trudno
- Nu, ale moze...
- To szto treba zdielat'? (pytam, pozbawiony złudzeń)
- Tebe nada padumat. Ty wsiadziesz do maszinu, tam zrobisz co trzeba, prinesesz mi tu dowod rejestracyjny.
Krótka narada w środku - ile dajemy? Jest ich trójka, niech będzie po 10 Hr na głowe (PLN 7.50). Wkładam 30 hrywien do dowodu rejestracyjnego, niosę do okienka. Pani uśmiecha się, pokazuje zawartość kolegom ze zmiany - i daje mi do wypełnienia deklarację celną. Pomaga nawet wypełnić, jak tłumaczę mętnie że jedziemy do Nowy Swet koło Sudaka na Krymie (zapamiętałem z mapy i opowieści Włada), słyszę komentarz skierowany do kolegi "Nu, na Krim, znaczyt mnogo dieneg majut". Trochę robi mi się dziwnie, ale nic nie mówię Edycie.
Jeszcze "Sczastliwo" na koniec i jesteśmy na Ukrainie.

Inny świat..
Zapach niskooktanowej benzyny i innych węglowodorów używanych tu nagminnie do napędzania pojazdów:
Typowy ultra tuning
. Dziury takie, że odzywają się wszystkie niedostatecznie umocowane w Patrolu przedmioty; ze trzy razy wypada z uchwytu GPS. Ciemno, mnóstwo przechodniów na drodze w, zdawałoby się leśnym otoczeniu. Jakoś dziwnie tak się jedzie, spotykamy jeden samochód na 10 minut. Tempo 40-60 na godzinę, czasami asfalt znika zupełnie, mimo, że to najwyraźniej szosa federalna. Od samej granicy nie wyprzedza nas nikt, albo tempo patrola jest nieosiągalne dla osobówek ze względu na dziury, albo długo po nas nikogo z granicy nie wypuszczono.
Sambor, Drohobycz. Tam postanawiamy poszukać hotelu. Jest jeden, przemyślnie ukryty i oczywiście nieoznakowany. Z Przemkiem nie możemy się skontaktować, więc nie dymamy do Skolna tylko szukamy noclegu. Jemu udało się uruchomić jakoś silnik i wyjechali z gór, niestety samochód jedzie ostatnimi siłami.
Poszukiwanie hotelu zakończyło się tylko połowicznym sukcesem, gdyż po dwukrotnym objechaniu tegoż nie znaleźliśmy parkingu. Sympatyczni młodzi ludzie powiedzieli nam, że w Truskawcu jest dużo hoteli i najlepiej tam się udać.
Łatwo powiedzieć. Dobrze że miałem waypointa w GPS, bo co najmniej 4 skrzyżowania były kompletnie nieoznakowane...
W Drohobyczu widać resztki świetności, częściowo nawet odrestaurowane kamienice. Bruk w ścisłym centrum pamięta pewnie jeszcze czasy moich Dziadków, którzy do Drohobycza jeździli zapewne często z pobliskiego Borysławia. Wg ich słów, w Drohobyczu przed wojńą było 10 kin, 30 notariuszy (było to związane z polami naftowymi), 3 browary. Wszystkie ulice były oświetlone latarniami gazowymi, które paliły się całą noc; w końcu gaz był za darmo. Dziś Drohobycz przypomina obraz nędzy i rozpaczy.

Docieramy do Truskawca. Hotel Beskid, wyglądający jak wrzód w socrealistycznym stylu, biały, wysoki blok z wielkiej płyty.
W środku zaspana, nieuprzejma recepcjonistka. Brak miejsca parkingowego, jednak za 10 hrywien Pan z ochrony przestawia własną ładę i miejsce się znajduje. 220 hrywien za pokój, ostatni jaki został. Pani nie jest pewna czy posprzątane...przysyła po godzinie pokojówkę. Ta kategorycznie każe zamknąć balkon i przebiera pościel.
Pokój bez śniadania, "a piwko to pan sobie w barze kupi". Poszedłem, kupiłem - wyśmienite, zmrożone, nieklarowane pszeniczne Baltica, 6 hrywien, niech się schowa Paulaner. Bar w stylu wczesnych lat 70, w kilku boksach siedziały bujające się na styl "Gorączki sobotniej nocy" pary.
Ulotka hotelowa podkreśla yugoslavian furniture i italian bathrooms. Na zdjęciach italian terracota ujawnia daleko posunięte procesy pleśniowo-grzybiczne oraz ficzyczne ubytki niczym ceramika starożytnej grecji. Mamy za to fotosy lokalnej Barbie:
Local Barbie

Myjemy się (po wizycie pokojówki w łazience kwitnie cały kosz pustych butelek i obdrapana italian terracota. Zasypiamy. Jutro jedziemy do Skolna, zholować Przemka. Z Morza Kaspijskiego nici, ale coś się wymyśli. Może Delta Dunaju?

Drugiego dnia spotykamy się koło motelu w Skolnie. Okazało się, że po kilku godzinach pracy i pomocy GAZa-66...
Gaz69 vs Gaz66 good team

...serduszko gazika (funf zylinder 300 diesel von Mercedes) odpaliło! Spotkanie wyglądało tak:
Pierwsze spotkanie - Skolno u stóp Paraszki
Podejmujemy decyzję - ruszamy gdzieś w góry, gdzie w pięknym otoczeniu przyrody zreanimujemy Gazika i podejmiemy decyzję, co dalej. Po drodze probujemy zrobic piknik, gazik kopci jak cholera - no i na jednym, niewinnym podjezdzie Przemek ukręca półoś w legendarnych "afganach". W wyniku czego traci przedni napęd i możliwość skręcania w lewo (co nie przeszkadzało przejechać potem 1000 km z okładem po ulicach...).
Po pikniku gazik nie odpala(avi, 12 MB).  Bierzemy go na hol, najpierw sciagamy  z góry, potem  udaje się go odpalić na asfalcie, ilość dymu jest straszliwa. Jedziemy szukać noclegu gdzieś w górach, oczywiście trafiamy na typowe na Ukrainie święte krowy (avi, 12 MB).
Przejeżdzamy przez typową wieś, ludzie się uśmiechają mimo, że dzień wcześniej ulewa zabrała im kawał drogi i 2 mosty:
Tu była droga i most...dzień wcześniej

My musimy zapiąć przedni napęd, Gazik daje radę śpiewająco na tylnym (avi, 4 MB). Droga jest coraz piękniejsza, wspinamy się do góry. Czasem wygląda tak:
Zaczynają się wakacje

Po nieudanym wciąganiu gazika na kinetyku pod górkę po błocie rozbijamy biwak na polance koło potoczku. Jest pięknie, Przemek zabiera się za oczyszczanie układu paliwowego gazika z wody, do późna w nocy ciągamy gazika patrolem po zabłoconych drogach usiłując go odpalić. Wieczór jest piękny, choć wilgotny i zimny. Za pomocą spuszczonej z baku emulsji wodno-olejowej i przemoczonego chrustu rozpalamy ognisko:
Ten widok będzie dość częstym...

Pozycja polanki: N 49 3,244 E 23 39,5912, jesteśmy 403 km w linii prostej od Warszawy. Wycinek mapki poniżej:
mapka1 - "m 34-108 Stryj"

Noc była potwornie wilgotna i zimna. W nocy przyszedł do obozowiska pies i rozrzucił śmieci. Cały dzień Przemek grzebał przy Gazie, rozwiązanie zagadki pompy paliwowej okazało się trywialne - nieszczelny króciec przy baku zapowietrzał układ i pompka nie działała. W końcu gazik gada avi, 6 MB

Cały dzień kręciły się po naszym biwaku krowy...

Krowy. Po prostu krowy.
...a przez błoto, w którym polegliśmy dzień wcześniej próbując przejachać z gazikiem na holu przejeżdząły bez emocji wozy konne z sianem.
Z obozu wyjechaliśmy dopiero około 19.00. Kierunek - wschód!

Go East
Nocleg w Ivano-Frankivsku. Za sprawą taksówkarza trafiamy do hotelu nad rzeką, jednak rezygnujemy z powodu, delikatnie mówiąc, daleko posuniętego stanu degrengolady tegoż. Jedziemy do motelu "supier liuks" - rzeczywiście nie jest najgorzej (20$ za pokój) ale za sprawą słabej izolacji akustycznej wieczór umilały nam pojękiwania kilku pań lekkich obyczajów, które w sposób przemysłowy zaspakajały chuci nieznanych nam bliżej panów. Wyjeżdzamy rano, gazik o dziwo odpala od pierwszego strzału, ustalamy trasę...

Ustalanie trasy w Ivanofrankivsku

...nabieramy wody do kanistrów i startujemy dalej.

Dziś Kamieniec Podolski oraz Twierdza w Chocimiu. Kamieniec wydaje się nam dziwnie znajomy, czuć Polskę w tym wszystkim - w budowlach, sklepikach i nawet twarzach przechodniów. Gazik ma się dobrze, Pat też jedzie znakomicie. Parkujemy w Kamieńcu na ryneczku...
Kamieniec Podolski

...(jest to, jak się okazuje, ryneczek Ormiańskiej części Kamieńca. Zaraz znajduje się miły chłopak, okazuje się być Polakiem, dotrzymuje nam towarzystwa i opowiada o Twierdzy. Sama twierdza robi niesamowite wrażenie - potężne mury i umocnienia wokół kilkudziesięciometrowego jaru wyżłobionego przez malutką rzeczkę sprawiają poważne wrażenie - i takie zapewne sprawiało 500 lat temu.

Kamieniec - Panorama

Przekraczamy Dniestr. Piękna, szeroka rzeka, płynąca w rozległej dolinie. Niesamowite przestrzenie, łąki, krowy, kozy - i uśmiechnięci na złoto ludzie.
Dojeżdzamy do Chocimia. Twierdza jeszcze bardziej niesamowita, położona na brzegu Dniestru, kilkunastometrowe mury i porośnięte trawą i zielskiem tarasy obronne. Wszystko jeszcze starsze i, teoretycznie - polskie.

Twierdza w Chocimiu

Z Chocimia wyjeżdzamy około 20, kierujemy się na tamę w Nowodniestrowsku. W starym rosyjskim atlasie kończy się tam droga, ale na mapach wojskowych widać wyraźnie, że jest tam most.

Mapa - przeprawa w Nowodniestrowsku

Dobrze, żeby był, bo jest to jedyna przeprawa mostowa na odcinku kilkudziesięciu kilometrów, jeśli tam nie przejedziemy to trzeba będzie się wracać, bo na południe Mołdawia do której nie chcemy wjeżdżać.
Robi się ciemno, drogi kiepskie i praktycznie nieoznakowane. Pytamy o drogę chłopaków z przewoźnego domu uciechy. Tak, za 100 km jest przeprawa na tamie i tam zaraz za tamą jest bezpieczna "stojanka" gdzie śpią kierowcy ciężarówek. Jedziemy, prędkość 40-50 km/h, szybciej i tak się nie da. Po drodze błądzimy i dojeżdzamy do szlabanu w poprzek drogi z wielkim reflektorem wycelowanym prosto w twarz. Okazuje się że to granica mołdawska, bardzo miły żołnierz radzi nam zawrócić i jechać przez Ukrainę, dając do zrozumienia że wjazd do Mołdawii nie jest zupełnie bezpieczny.
Z trudem trafiamy na zaporę w Nowodniestrowsku. Robi niesamowite wrażenie, jest przepotężna, chroniona przez wojsko. Sam zjazd do Dniestru ma 3-4 km. Przejeżdżamy mroczną zaporę, za nią nie ma opisywanej "stojanki". Dalej jest coraz bardziej mroczno, kilkanaście kilometrów dokładnie niczego, niesamowite gwiazdy, żadnych oznaczeń drogi, żadnych domostw a nawet świateł, wygląda na celowo nie zasiedlane tereny. Mijamy pola kwitnących słoneczników, szkoda że jest noc.
Podejmujemy decyzję - zjeżdzamy w pole i biwakujemy gdzie się da. Znajdujemy takie miejsce, jest niesamowicie cicho, pusto i ciemno. Śpimy w samochodach, nawet nie jemy. Jest 1 w nocy.

Ranek budzi nas zapachem suszonej trawy z ziołami, meczeniem kóz i dźwiękiem traktora. Okazuje się że biwakowaliśmy w środku pola, które po rozparcelowaniu po upadku kołchozu ludzie wykorzystują wyłącznie jako pastwiska.
Środek niczego

 Tłumaczę starszej wieśniaczce, że nie mieliśmy gdzie zanocować i tak tu zajechaliśmy w nocy. "-To wy sczastliwo zajechali!" uśmiecha się i w ten sposób lody zostają przełamane. Głaszczemy kozy, jemy śniadanie, pożyczamy maczetę. Dowiadujemy się, że najlepszym prezydentem był Breżniew. Ruszamy.

Czwarty dzień to droga, droga, droga. 50 km/h na godzinę, co 200 km gazik musi tankować. Jemy w obskurnej miejscowości Pisznica, do talerzy zagląda nam wielki Lenin.

Patrol i Lenin
 Restauracja pamięta wczesne lata 70', wyklejona jest typową dla Ukrainy mozaiką, z której w połowie zeszła glazura. Leninowi błyszczy glaca, pływające w bladobiałym bulionie pielmieni nie są takie złe, za to próba zjedzenia smażonego karasia kończy się porażką Kasi. Wszystko smakuje olejem słonecznikowym - sałatka z kapusty i pomidorów, frytki, kotlet a nawet rzeczony karaś. Pod knajpę z piskiem podjeżdza pijany policjant w zaporożcu MkI z przyciemnionymi szybami. Nawet niczego od nas nie chce, choć samochody wzbudzają tak jak wszędzie indziej lokalną sensację. Przestrzenie, zieleń, rozległe pola.
Wielka Zieleń

Jedziemy bardzo lokalnymi drogami kierując się GPSem i mapami 1:50 000. Jazda bez tak dokładnej mapy nie byłaby absolutnie możliwa, czasem żółta w atlasie droga wygląda tak (avi, 5 MB) Około 20.00 docieramy wreszcie do drogi federalnej Kiev-Odessa i...stajemy w tragicznym korku na ogromnym placu budowy. Dobre 20 km drogi jest rozkopana, jazda odbywa się z prędkością 20 km/h ale nie jest bynajmniej nużąca - ukraińscy kierowcy dbają o to wyprzedzając na piątego, na zakazach wyprzedzania, pod górkę...Zasypiamy na jakiejś stacji, pracownik uprzedza nas że o świcie mamy się zmyć. Rzeczywiście, o 5.30 przychodzi i stanowczo puka w szybkę. Jedziemy dalej.
Ok. 10 rano wjeżdzamy do Odessy. Miasto wita nas dymem, smrodem i ruchem drogowym który przypomina obrazki widywane na filmach z Indii. Na ulicy nie ma reguł, chociaż większośc pojazdów zatrzymuje się na światłach. Miasto brzydkie, brudne i śmierdzące, ale momentami klimatyczne. Z ulgą docieramy do hotelu pod Odessą. Hotel rozczarowuje pokojami w śmierdzących stęchlizną domkach, ale zaskakuje znakomitą kuchnią. Morze Czarne - jak morze, bardziej bałtyckie niż śródziemnomorskie w kwestii temperatury i niestety cuchnące meduzami. Przejażdżka 185 konnym Bombardierem przerywa błogie lenistwo; drogo ale warto. Na plaży wyraźnie wyróżniają się rosjanki

Rosjanka. Po prostu rosjanka.

Wieczorem Odessa - niezwykle klimatyczna. W restauracji przy Potiomkinowskich Schodach kadry z filmu Deja vu Machulskiego. Mnóstwo drogich samochodów, mercedesy 600, terenowe Land Cruisery...
(avi, 4 MB), Lexusy, jest nawet Corvette oraz 2 nissany skyline. Wszystko i tak śmierdzi 76 oktanową benzyną. Bulwar jest gwarny i chwilami można zapomnieć że jesteśmy na Ukrainie. Kręci się mnóstwo modelek, mafiozów, marynarzy z egzotycznymi zwierzętami; ceny szokują. Ogólnie nastrojowo. Na koniec oglądamy Arkadię - część miasta poświęconą najebce. Ot bulwar, z szykownymi dyskotekami

Jeden z klubów w Arkadii

...i lansującymi się girlsami. Miesza się rosyjsko-ukraiński prowincjonalizm z zachodnim szykiem. Zwróciły moją uwagę Nissany Murano, które dopiero za miesiąc będą miały premierę w Europie...

Ziguli i Nissan


Z Odessy przeskakujemy wygodną szosą do Simfieropola. Miał być od razu Bakczysaraj, który leży 30 km za Simfieropolem, ale najpierw lapie nas burza (która zmywa pół wsi, jak się okaże nazajutrz) oraz kaljeson w Gaziku. Potężną oponę ya-192 pokonuje kilkucalowy gwóźdź, stalowy. Przekraczamy Dniepr, którego szerokość jest imponująca

Dniepr

W Simfieropolu po godzinnych poszukiwaniach noclegu trafiamy za sprawą taksówkarza do gostionnicy. Obiekt, przeznaczony dla sportowcow przechodzi nasze najśmielsze wyobrażenia. Nawet znając Ukrainę nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie czegoś tak obskurnego. Nie da się opisać, odrapane ściany, obtłuczone kafelki, odłażąca płatami farba, pourywane przewody elektryczne, smród, zapluskwione sienniki. Potwornie zmęczeni zasypiamy, za 30 hrywien od osoby. avi, 5 MB

Na następny dzień docieramy do Bakczysaraju. Pięknie położone miejsce, dojeżdzamy do niego lekko wymagającą szutrówką wiodącą kanionem między skalnymi ścianami.

Wjazd do Bakczysaraju od dupy strony

Trafiamy tam wyłącznie dzięki mapom wojskowym i GPS - nie ma kogo spytać się o drogę. Mijamy zalaną wczorajszym deszczem wieś, rejestrujemy niezłe miejsce na piknik - i zwiedzamy Bakczysaraj. Miejsce urokliwe, ale czujemy się podmiotami przemysłu turystycznego.

Panoramka Bakczysaraju - mała

<tu do ściągnięcią pełna panoramka 2 MB>

Wyjeżdzamy stamtąd około 18 i kierujemy się na Jałtę drogą przez góry. W międzyczasie informacja na znakach, że droga przez Ai-Petri jest zamknięta, jednak jedziemy. Niesamowity podjazd, w połowie we mgle, noc, na drogach sporo kamieni naniesionych przez wczorajsze ulewy i co gorsza bardzo duży ruch festyniarsko oświetlonych przyrządów do jeżdżenia z naprzeciwka. Przemek z powodu zmielonej półosi serpentyny w lewo robi na 2-3 razy.  Na górze, po przedarciu się przez chmury, rozjaśnia się i oglądamy Jałtę z wysokości 1200 metrów. Ponieważ zjazd Ai-Petri po serpentynach bez skrętu w lewo i bez biegu wstecznego nie wchodzi w grę, robimy biwak na płaskowyżu. Jest zimno i mokro, z drzew kapią krople rosy. Trywialne stwierdzenie "Ale piździ" Przemek kwituje "No tak, upał zelżał". Po czym zabiera się za wyjęcie półosi, co w gaziku z "wajennymi mostami" zajmuje całe 4 godziny.

Budzimy się rano, zmarznięci, trochę wychodzi słońce ale co chwile przychodzą chmury.
Roboty na wysokości czyli wyjęcie półosi na Ai Petri

Odpalamy gazika na sznurku i staczamy się do Jałty. W Jałcie pełen dramat - Międzyzdroje z lat 70, chociaż widać bogatych Ukraińców - po raz pierwszy widzę kilka najnowszych cacek motoryzacyjnych na ukraińskich tablicach - BMW coupe 845i, Porsche Cayenne Turbo, jakiś niesamowity SUV-Cadillac, takie złomy jak BMW X5 spotyka się raz na 10 minut. Mnóstwo dziewcząt z wyzywającymi dekoltami, w nieco lepszym stylu niż w Odessie.

Laski

Ciągle stoi Lenin, mimo że zapewne w grobie sie przewraca jak na to patrzy.

Lenin w Jałcie

Z ulgą wyjeżdzamy z miasta na wschód, i tak naprawdę dopiero za Ałusztą zaczyna się piękny Krym.
Rozległe doliny górskie, droga na półce skalnej na wysokości 150-350 metrów nad poziomem morza, czynne i prehistoryczne winnice. Zupełnie przyzwoita droga i mały ruch, całość psują jedynie kempingi usytuowane wprost na plaży przy drodze.

Ladny widoczek i kemping na plazy

0 20 docieramy do Nowyj Svet - celu naszej podróży. Trafiamy w końcu do pensjonatu, bardzo drogiego, przaśnego - ale z doskonałym widokiem na zatokę i skały.

Widok z pensjonatu Poljot

Pewnie był to kiedyś wymarzony obiekt pożądania rosyjskich prominentów - dziś wyróźnia się jedynie widokiem oraz ceną - 400 hrywien za 2 pokojowy apartament. Zasypiamy.

Przemek z Kasią nie docierają do Nowyj Svet - z powodu ważnej rozmowy nocują przy szosie, natomiast na drugi dzień 10 km od celu umiera układ hydrauliczny sprzęgła. Zaczynamy rozumieć, że z powodu kończącego się urlopu już nie zdążymy dojechać do Kałmucji. Szkoda - ale taka widać karma. Czas zabiliśmy idąc na plażę, która była jednak obrzydliwa, śmierdząca ekskrementami i zaśmiecona butelkami oraz wypełniona szczelnie ludźmi. Na targu kupujemy trochę lokalnych przysmaków - coś w rodzaju naszego oscypka (tyle, że lepszy), coś w rodzaju mozzarelli (tyle, że lepszej), znakomite pomidory - i wyśmienite wino domowe. Wino było tak doskonałe, że kupiliśmy 10 litrów i zrezygnowaliśmy w ogóle z win przemysłowo butelkowanych.

Postanawiamy przebiwakować wspólnie po raz ostatni i rozdzielić się - Przemek z Kasią dalej na wschód, my z powrotem. Biwakujemy w zaskakująco pięknym miejscu, na 30 metrowym klifie,

Ostatni wspólny biwak

skąd wygania nas jednak burza.  Mamy jeszcze jeden cel - odwiedzić miejsca, gdzie urodzili się nasi dziadkowie i skąd ich przesiedlono w 1945 roku - Brzeżany i Borysław. Docieramy tam jednak dopiero na drugi dzień podróży z powrotem, gdyż w pierwszy dzień mimo znakomitego tempa docieramy ledwie do Winnicy, ok. 900 km od miejsca startu. W Winnicy hotel kategorii II radzieckiej (gostionnica w Simfieropolu miała kategorię V radziecką) co odpowiada mniej więcej standardowi schroniska młodzieżowego.

W Brzeżanach - cóż, odnajdujemy dom babci Edyty, za to w byłym klasztorze opodal najwyraźniej urządzono więzienie. Ulica ma wciąż taką samą nazwę, tylko nieznacznie zmieniła się numeracja. Robimy zdjęcia i przjeżdzamy do Borysławia. Odnalezienie domu drugiej babci zajmuje około godziny i okazało się możliwe, gdyż trafiliśmy na starego człowieka który kojarzył rodzinę babci z nazwiska z domem. Dom stoi, a naftusia (będąca wodą uzdrowiskową o lekkim zapachu ropy naftowej) w dalszym ciągu tryska 20 metrów od domu babci. Nic się nie zmieniło od tamtego czasu. Nabieramy cały kanister naftusi, podziwiamy stare ale wciąż działające kiwaki

Kiwak. Mam takie trzy.

avi, 5,5 MB

Ruszamy w stronę Krościenka.
Po przejechaniu granicy trafiamy do wspaniałego pensjonatu Wojtka Grzaneckiego w Czarnej,

Chata


...gdzie w ciepłej atmosferze spędzamy wieczór i obiecujemy sobie przyjechać jak tylko czas na to pozwoli. Wracamy do Warszawy - i ze zniecierpliwieniem czekamy na wieści od Kasi i Przemka. Trzymamy kciuki!

Dla wytrwałych, do sciągnięcia:

Kalibracje map 1:100 000 (do ściągnięcia z serwera w Berkeley, ok. 500 map, free domain) - sprawdzone w zakresie podróży, dokładność rzędu 20-30 m. (350 kB), OziExplorer.

Zapis tracka w formacie OziExplorera (222 kB), tutaj zrzut ekranu z wraz z profilem (360 kB)

Waypointy - częściowo z map 1:100 000, częściowo z terenu.

Unikat - mapa Kałmucji 1: 1 000 000 i nie tylko, lotnicza - ale jedyna jaką udało mi się w Warszawie zdobyć (4 MB), kalibracja do niej wraz z innymi kalibracjami.